To teraz tylko nieudolne popłuczyny, bardziej przypadek psychiatryczny niż polityczny. Jednostkowo może i groźny, zważywszy na to, ile wśród nich skłonnych do przemocy typów związanych z półświatkiem. Ale jako zjawisko – marginalni. Piszę o tych, którzy byli przed nimi – Palikot i jego kolejne klony, psy gończe Tuska, wsparte całym aparatem przemocy i kłamstwa ze strony służb i mediów. Oni byli naprawdę groźni. Ale wytrzymaliście. A teraz nasze zwycięstwo – odsłonięty pomnik ofiar. Godne uczczenie zmarłych. To, czego najbardziej bała się Platforma. To jeden z elementów wygranej. Ale jest też inny „zysk” z tej ponurej hucpy, jaką zrobiła poprzednia władza wokół tragedii 10 kwietnia. To, że ludzie poprzedniej ekipy pokazali, kim naprawdę są. Pokazali nie tyle swoje twarze – to byłby zbytni komplement – ale swoje mordy. Dlatego 10 kwietnia to dla mnie nie tylko dzień zadumy. Dla mnie zawsze pozostanie dniem, w którym pokazali, kim naprawdę są. Do jakiego kłamstwa, szaleństwa i podłości są gotowi się posunąć, by utrzymać władzę. Z jakimi potworami są gotowi paktować, de facto nad ciałami swoich rodaków. A potem w świetle kamer się do nich tulić. Nie zwykli ludzie, zmanipulowani przez ich propagandę. Ale konkretni politycy. Część z nich co prawda zwiała. Do Brukseli albo za żoną do USA. Ale część z nich została u nas. A ja cieszę się, że zobaczyłem, kim są naprawdę – chociaż nie był to przyjemny widok. Bo wiem, że teraz już nigdy nie zapomnimy, jakie mordy kryją się pod ich słodkimi słowami.

Przynajmniej ja nie mam zamiaru.