Na stronie internetowej projektu „Trzy sny” można przeczytać Twój ciekawy biogram: „Kiedyś – aktor (absolwent krakowskiej PWST), trener i coach. Porzucił jednak teatr już 9 lat temu i… zmienił jedną literkę… Zamienił się z aktora w autora”. Piszesz książki, scenariusze i piosenki. Nie tęskno Ci jednak do teatralnych desek?

Bardzo! Aktorstwo to jest najpotężniejszy narkotyk. Nawet używam często takiej krotochwili na swój temat – mówiąc, że do teatru rzadko chadzam, bo niepijący alkoholik nie chadza na imprezy, na których podają wódkę. Więc tego mi bardzo brakuje, ale bez odstawienia teatru być może nigdy nie znalazłbym przestrzeni, żeby uchwycić własną opowieść o czymkolwiek. Dzięki temu, że ta próżnia powstała, mógł w nią wejść kto inny ze swoją inspiracją. Tak powstała muzyka do Kanaanu.

A na ile wciąż czerpiesz z teatru?

Myślę, że dużo czerpię, na każdym kroku. Po pierwsze, teatr nauczył mnie myśleć obrazami. Po drugie, w teatrze nauczyłem się odrzucać błyskawicznie to, co mnie nudzi. Teatr nie znosi nudy,  nie znosi próżni. Więc gdy słyszę opowieść, w której już na początku czuję puentę, to wiem, że to nie jest temat na piosenkę. Takiego myślenia konkretem i oddzielania tego, co naprawdę wywołuje u mnie dreszcz, nauczyłem się w teatrze i tak też staram się pisać piosenki. Nie zabieram się do czegoś, jeśli nie czuję metafizycznego dźgnięcia w serce.

Właśnie to słowo jest w Twoich piosenkach niezwykle obrazowe. Kiedy wsłuchuję się choćby w tekst tytułowej piosenki z albumu „Trzy sny”, to natychmiast mam przed oczami sceny, które opisujesz. Choćby we fragmencie „Mocarz – artysta Swoim Słowem z niebytu dobył całkiem nowy świat”. Na ile ważne jest dla Ciebie słowo?

Słowa mają fundamentalne znaczenie. Ja się cieszę, że one zachowują swoją siłę rażenia pomimo „opakowania”, jakim jest muzyka. Mam przyjemność pracować ze znakomitymi muzykami, którzy oprawili te słowa w złoto i brylanty, a mimo to one się gdzieś tam nie zapodziały. Wszystko się zaczęło od Słowa. Ja wierzę, że słowo ma wielką moc – kiedy jest świadomie wypowiadane i kiedy jest mówione do ludzkiego serca z pewną określoną intencją. Zresztą tego też nauczył mnie teatr. Bo zawodowy teatr zaczyna się od tego, że aktor musi sobie uzmysłowić, po co wchodzi na scenę. Nie po to, żeby powiedzieć słowo, którego nauczył się na pamięć, tylko żeby to słowo stało się taką siłą, która przemieni rzeczywistość dookoła niego. Ze spektaklu nie można wyjść takim, jakim się na niego przyszło i moja w tym rola, by do tego doprowadzić. Myślę, że taką moc mają słowa wypowiadane świadomie z pewną intencją. A moją intencją jest poszukiwanie prawdy i poszukiwanie pewnej przestrzeni wolności dla człowieka, odzieranie z kłamstw, którymi nasiąkamy na co dzień, napotykając deszcz różnych bylesłów, pozornych słów.

Występowałeś też w musicalach. Myślę, że koncerty są bliskie tej formie teatru. Szczególnie gdy słowa piosenek wykonywanych podczas koncertu są skupione wokół konkretnej myśli przewodniej, tak jak to jest u Ciebie. 

Musical dał mi odwagę tworzenia piosenek, które mają zupełnie inną strukturę niż to, co słyszymy na antenach popularnych rozgłośni radiowych – gdzie jest zwrotka, refren, zwrotka, refren, szybko, szybko koniec, bo słuchacz się rozproszy. Musical mi pokazał, że muzyka może być pewnym szkieletem, na którym układamy całą fabułę. Dlatego wspomniana przez ciebie piosenka „Trzy sny” ma bardzo określoną fabułę. I dla mnie te  utwory są okazją do bardzo intymnego dialogu z odbiorcą. Mówię nie tylko, że „Bóg Cię kocha”, ale też zadaję pytania: „Dlaczego się Go boisz?”, „Dlaczego Mu nie ufasz?”, „Czego najbardziej w życiu pragniesz?”. To pytania, których zwykle się boimy, gdy stawia je nam obcy człowiek, bo jakim prawem? A muzyka staje się pretekstem, by wejść w ten dialog. Dlatego ja nasze koncerty nazywam raczej spotkaniami. Na najbliższe takie spotkanie zapraszam 13 kwietnia do Hybryd.

Będzie to spotkanie promujące płytę „Trzy sny”. Poprzedni album „Tato” nagrałeś razem z zespołem Kanaan i krążek odniósł spory sukces. Obecny projekt wydajesz pod innym szyldem.

Szyld jest inny, ale staram się być lojalny wobec ludzi, z którymi zacząłem drogę, dlatego „Trzy sny” stworzyliśmy w tym samym składzie. To, że bardziej zostało wyeksponowane moje nazwisko, jest propozycją moich „dobrych aniołów”. Płyta „Tato” określiła mnie jako twórcę chrześcijańskiego. Jest w tym sporo prawdy, bo to jest twórczość inspirowana spotkaniem z Bogiem, ewangelią. Z drugiej strony jest niebezpieczeństwo, bo ludzie zajmujący się w Polsce kulturą przestają traktować na serio coś, co im pachnie ewangelią. Traktują to jako sztukę gorszego sortu, sztukę z gruntu skazaną na banalność. Oczywiście jest to trochę wynik wpływu niektórych wykonawców, którzy tworzą w sposób nieodpowiedzialny i niezawodowy. To wprowadza zamieszanie i w efekcie nawet profesjonaliści są wrzucani do jednej szuflady i witani z takim uśmieszkiem. Płyta „Trzy sny” jest zupełnie inna niż „Tato”. Jest skierowana również do ludzi poszukujących, którzy omijają kościół szerokim łukiem.