Dziś prokurator generalny Zbigniew Ziobro powiedział w Krakowie, że ws. zabójstwa Jaroszewiczów zarzuty postawiono trzem sprawcom. Dwóch przyznało się do zbrodni, jeden nie przyznał się i odmówił składania wyjaśnień. Według śledczych, za śmierć Jaroszewiczów odpowiadają członkowie tzw. "gangu karateków".

"Gang karateków" działał w latach 90. i specjalizował się w napadach na domy bardzo bogatych osób m.in. napadł na dom Wiesława P. powiązanego z Bogusławem Bagsikiem oraz Ireneuszem Sekułą, a także gangiem pruszkowskim

- powiedziała Kania. "Ten napad był bardzo brutalny. Doszło do tego, że w jego wyniku poroniła żona Wiesław P. Żeby znaleźć napastników, P. wynajął gang pruszkowski. Gang pruszkowski złapał tychże bandytów, doszło do bardzo brutalnego potraktowania gangu karateków. M.in. jednemu z nich rozwiercono nogę wiertarką" - dodała Kania.

Co ciekawe "gang karateków" rekrutował się z trenerów karate, wśród których byli ludzie związani ze służbami specjalnymi PRL - powiedziała Kania, która jest m.in. autorką książki pt. "Gry tajnych służb". Jak dodała, ofiary napadów "gangu karateków", czyli Jaroszewiczowie i Wiesław P. sprawiają, że ta sprawa nie jest jednoznaczna. "Nie można powiedzieć, że wątek był tylko i wyłącznie rabunkowy. Biorąc pod uwagę, kim był Piotr Jaroszewicz, jakie znał tajemnice i jaką miał wiedzę, pojawiają się różnego rodzaju pytania" - dodała.

W latach 90. "gang karateków" był również wynajmowany do różnego rodzaju działań - kontynuowała Kania. "Z nieoficjalnych informacji wynika, że członkowie gangu byli wynajmowani przez wysoko postawione osoby do różnego typu działań przestępczych, co każe postawić pytanie, czy w tym przypadku nie mieliśmy do czynienia właśnie z taką sytuacją" - dodała. "Interesujące jest, czy osoby, które przyznały się do zbrodni, powiedzą prawdę, co było jej rzeczywistym powodem. Czy było to działanie rabunkowe, czy też mieli swoich mocodawców. Czy mimo upływu lat, jeżeli tacy mocodawcy byli, czy członkowie gangu będą chcieli powiedzieć, kto stał za tym zabójstwem, czy w dalszym ciągu będzie rządził strach" - powiedziała Kania.

Według niej, sprawa trwała bardzo długo przez to, że w domu Jaroszewiczów - co wielokrotnie podnoszono - zostały zadeptane ślady. "Policja, która przyjechała, gasiła niedopałki na miejscu zbrodni i roznosiła na butach krew. Ślady zostały zadeptane i były różnego rodzaju boczne tropy również kierowane. Wydawało się, że sprawa trafiła ad acta. Jak się okazuje, jednak powróciła" - dodała Kania.

Jaroszewiczów zamordowano w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. w ich willi w warszawskim Aninie. Byłemu premierowi bandyci zacisnęli na szyi rzemienną pętlę. Przedtem go maltretowali. Jego żona Alicja Solska-Jaroszewicz zginęła od strzału w głowę z bliskiej odległości ze sztucera męża.