Jeżeli dwoma największymi zwycięzcami włoskich wyborów są partie polityczne, które w Parlamencie Europejskim należą do dwóch frakcji euronegatywistów – to właśnie ten fakt wystarczy za najlepszy komentarz.


Czarny sen eurofederalistów


A tak konkretnie – partia numer jeden wyborów do Camera dei Deputati to Ruch Pięciu Gwiazd, który w europarlamencie należy wraz z ugrupowaniem Nigela Farage’a (UKIP – Partia Niepodległości Wielkiej Brytanii) do frakcji Europy Wolności i Demokracji Bezpośredniej. Jak się tam znalazła? Nikt jej nie zmuszał. Rzecz w tym, że zdecydowali o tym nie tyle kierownictwo polityczne tej formacji czy sami europosłowie, ile... członkowie i sympatycy Ruchu w głosowaniu internetowym!


Owa demokracja bezpośrednia w nazwie frakcji w PE jest, jak widać, traktowana poważnie. Ale ten właśnie internetowy wybór świadczył o nastrojach Włochów już przed prawie czterema laty. Alternatywą dla grupy Farage’a – tego polityka, który poprzednika Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej określił jako „mokrą ścierkę” – byli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, a więc grupa, do której należy PiS. Okazaliśmy się dla Włochów zbyt miękcy!


Odrzucili też akces do liberałów Guya Verhofstadta jako formacji zbyt euroentuzjastycznej. W rezultacie ponad 80 proc. głosów padło właśnie na akces do frakcji antyeuropejskiej, jak określają ją bezrefleksyjni czy po prostu niemądrzy wielbiciele Brukseli.


Drugim zwycięzcą wyborów okazała się Lega Nord – Liga Północna, która w ostatnich kilku latach ograniczyła radykalne wypowiedzi i przesunęła się trochę do centrum, choć dla mediów włoskiego ­mainstreamu nadal jest symbolem politycznego populizmu. Matteo Salvini poprowadził Ligę do wyniku lepszego niż jej koalicyjny partner – Forza Italia Silvia Berlusconiego.


W wewnętrznym meczu prawicowej koalicji Liga z Salvinim pokonała Berlusconiego – też przecież człowieka z tej bardziej zindustrializowanej, bogatszej części Włoch, bo z Mediolanu – aż o ponad 4 proc. głosów. Mało kto wie o tym, że Lega Nord przez parę lat była wraz z Prawem i Sprawiedliwością w jednej frakcji w Parlamencie Europejskim. Było to w drugiej połowie kadencji 2004–2009, a więc pierwszej po wejściu Polski do UE. W tamtym czasie, ale też i w następnej kadencji, europosłowie Ligi znani byli głównie ze swoich happeningów w PE, które kończyły się nieuchronnym pojawieniem się ochroniarzy i wyproszeniem Włochów z sali posiedzeń. Okrzyki i plakaty w sali posiedzeń są sprzeczne z regulaminem, ale jakoś są tolerowane, o ile pojawiają się po lewej stronie PE, tam gdzie siedzą komuniści, socjaliści czy Zieloni.


Eurorealiści i eurosceptycy weszli do gry


Subiektywne spojrzenie na politykę to norma. Proszę więc pozwolić mi powiedzieć, że obie formacje, których przedstawiciele w zeszłą niedzielę otwierali szampana, dwukrotnie głosowały za powołaniem mnie na stanowisko wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a w lutym tego roku były przeciwne mojemu odwołaniu. Współpraca jest faktem, co oczywiście nie oznacza, że nie ma różnic, np. w stosunku do Rosji (szczególnie w tym aspekcie chodzi o Lega Nord). Nie można też wykluczyć takiej kooperacji także w przyszłości – a skład europarlamentu po wyborach do PE w końcu maja 2019 r. zapewne będzie się zdecydowanie różnił od obecnego, z jego lewicowo-liberalno-zieloną większością. Już w tej chwili frakcje eurosceptyków i eurorealistów (nie mówię o wcale niemałej liczbie osób o takich poglądach zasiadających w innych grupach politycznych – w zasadzie wszystkich poza komunistami) liczą mniej więcej 190 posłów. Ostatnie wybory we Włoszech, ale też te wcześniejsze, w 2017 r. w Holandii, Francji, Czechach czy Austrii, pokazały, że krytycy eurobiurokracji, nawet jeśli nie są w stanie współtworzyć rządu – jak w Austrii – czy doprowadzić do sytuacji, że rząd wisi na ich poparciu – jak w Czechach – to znacząco poszerzyły swoje zaplecze parlamentarne.


Dla mnie jako polityka polskiego najważniejszy jest interes mojego kraju – a nie niedookreślony interes europejski. Stąd też nie mogę nie dostrzegać, jak podczas dziewięciu (sic!) już debat o naszej ojczyźnie w Parlamencie Europejskim euroentuzjaści nas atakowali, często nikczemnie, a eurosceptycy bronili lub co najmniej milczeli. Nie oznacza to nic poza tym, że należy się modlić o inny skład PE, w którym Rzeczpospolita nie będzie chłopcem do bicia wbrew faktom i nawet regulacjom unijnym.


EPP musi zjeść dwie żaby, czyli smutna „Oda do radości”


Wróćmy do włoskiego buta na Półwyspie Apenińskim. Tamtejsze wybory to rzeczywiście był czarny sen eurofederalistów i fanów hasełek typu „Więcej Europy w Europie!”. Wygrali polityczni przyjaciele Nigela Farage’a, który właśnie (współ)wyprowadził Wielka Brytanię z Unii, a polityczną wiktorię ogłaszają – słusznie – także koledzy z frakcji... Marine Le Pen. Tak, tak, Lega Nord w europarlamencie znajduje się w jednej frakcji z francuskim Front National!


Rzucająca anatemy na prawo i lewo – ale jasne, że głównie na prawo! – Europejska Partia Ludowa (EPP; tam, gdzie są Platforma i PSL), która chce być odbierana jako wzorzec metra z Sèvres politycznej poprawności musiała w ostatnim czasie zjeść dwie żaby. Pierwsza pochodziła z Austrii – tamtejsza chadecja, przy głośnym milczeniu EPP, weszła w koalicję rządową z eurosceptykami z Partii Wolności. Ba, w kampanii wyborczej przejęła ich twardą antyimigracyjną retorykę – dzięki czemu zresztą wygrała.
Druga żaba, włoska, zjedzona została w tych dniach. Oto Forza Italia (Naprzód Włochy) Silvia Berlusconiego stworzyła koalicję wyborczą z formacją określaną jako postfaszyści (Bracia Włosi) oraz partią, która tworzy grupę polityczną Europa Narodów i Wolności w europarlamencie wraz z przeklętym na salonach Frontem Narodowym madame Le Pen. I jakoś ci populiści znad Dunaju i Tybru są teraz do przełknięcia na zasadzie „Paryż wart jest mszy” – a odzyskanie lub utrzymanie się przy władzy nakazuje zastosować takie środki, bo uświęca je cel. Jednocześnie to samo środowisko polityczne – Europejska Partia Ludowa – zaciekle atakuje Polskę z jej znacznie bardziej centrowym niż partnerzy Forza Italia rządem. Podwójne standardy? Hipokryzja? Owszem. Taka jest polityka międzynarodowa A.D. 2018.


Czy w Rzymie powstanie rząd eurosceptyków (Ruch Pięciu Gwiazd, Liga Północna, Bracia Włosi) z eurorealistami (formacja Berlusconiego)? Bardzo możliwe. Czy dojdzie do kryzysu, politycznego przesilenia i – w ich wyniku – kolejnych wyborów? Też niewykluczone, choć mniej prawdopodobne. Jedno jest pewne. Włosi znacznie bardziej wierzą w siebie niż w Unię, „europejską solidarność” i pozytywną rolę Wielkiego Brata z Brukseli. Od lat narastająca nieufność do instytucji unijnych i strefy euro przełożyła się właśnie na kształt włoskiego parlamentu (Senatu i Izby Deputowanych), a zapewne i rządu. Italia wysyła sygnał całej Europie: zakaz skrętu w lewo, długie żółte światło dla samochodu z Brukseli. Samochodu jadącego coraz wolniej, choć z coraz głośniej puszczaną „Odą do radości”.