Nad Bałtykiem wciąż obserwowane są "ciemne loty" - informuje skupiający kilkanaście lokalnych dzienników koncern medialny Lannen Media (LM), powołując się na gen. Jarmo Lindberga. Jego zdaniem rosyjskie samoloty przelatują czasem bez planów lotów czy kontaktu z kontrolą ruchu powietrznego oraz z wyłączonymi transponderami.

Rok 2017 był szczytowy, jeśli chodzi o liczbę rosyjskich lotów wojskowych w regionie. Poprzednią rekordową liczbę odnotowano w 2014 roku, kiedy Rosja zaanektowała Krym.

Zdaniem Lindberga sytuacja ta nie stanowi jednak bezpośredniego zagrożenia militarnego dla kraju, chociaż aktywność w bliskim sąsiedztwie Finlandii jest wzmożona. Dodał, że Rosja nie podjęła żadnych działań wojskowych, które stanowiłyby takie zagrożenie.

Choć Rosja wykazuje największą aktywność nad Bałtykiem - to, jak zwrócił uwagę Lindberg, aktywne są także wszystkie inne państwa regionu. Przypomniał, że wydarzenia z 2014 roku wywołały "efekt domina". Wskazał przy tym na dodatkowe oddziały NATO w krajach bałtyckich oraz amerykański program "The European Reassurance Initiative", którego celem było zwiększenie obecności USA w Europie po rosyjskiej aneksji Krymu.

Generał dodał, że obecnie siły NATO przebywają w regionie w ramach "Europejskiej Inicjatywy Odstraszania" (EDI European Deterrence Initiative), której budżet zgodnie z ostatnią decyzją zwiększono do 6,5 mld dolarów.