Na początku marszałek sejmu, podczaszy lwowski Andrzej Maksymilian Fredro, zlekceważył wystąpienie Sicińskiego, ale po chwili inni posłowie zażądali przerwania obrad. Co prawda pod naciskiem króla przedłużono je do 11 marca, ale warunkiem dalszych prac miał być powrót protestującego posła na salę. Władysław Siciński nie wrócił i posłowie musieli się rozejść do domów. Encyklopedia Glogera podaje, że marszałek najpierw dwukrotnie wezwał powiat upicki, a następnie ogłosił senatorom i królowi rozwiązanie sejmu.

Wówczas wojewoda brzesko-kujawski Jakub Szczawiński miał krzyknąć: „Bodajby przepadł!”, na co cała izba senacka odpowiedziała chórem: „Amen”. 

Mówiono potem, że była to klątwa rzucona na posła. Podobno, kiedy Siciński umarł, ziemia nie chciała przyjąć jego ciała. Faktem jest, że w Upicie jeszcze w 1860 roku zmumifikowane zwłoki oglądał pisarz Władysław Maleszewski, który opisał swoją przygodę w artykule „Trup upickiego posła”, zamieszczonym w „Tygodniku Ilustrowanym”.

Dotykałem wiekowego trupa i wszędzie ciało się ugina: zdaje się, że to człowiek w ciężkim śnie pogrążony, stoi przed tobą straszny obraz! Siciński ma ręce na krzyż złożone, głowę schyloną ku piersi, widać więc, że był pochowany jako chrześcijanin, staraniem rodziny. Jest to trup człowieka, który dwa wieki temu pod strzechę Polski dorzucił jednę więcej niszczącą iskrę: iskra wybuchła płomieniem, kraj gorzał…