W tym roku sezon Ekstraklasy musi zakończyć się wcześniej z powodu rozpoczynających się w czerwcu Mistrzostw Świata w Rosji. Dlatego piłkarze nie mieli wyboru - mimo siarczystego mrozu, musieli pojawić się na murawie. Wybór mieli za to kibice i na wielu stadionach wybrali oni fotel przed telewizorem zamiast oglądania meczu na żywo.

Dla nas mecze w tak niskich temperaturach wiązały się z dwoma problemami. Pierwszy – ciężko jest zachęcić do przyjścia kibiców, gdy jest kilka czy kilkanaście stopni mrozu. I tak nie było u nas najgorzej, bo na pierwszym meczu pojawiło się 10 tysięcy fanów, a na drugim prawie pięć, ale na pewno mogło być lepiej. Druga sprawa – treningi zespołu. Po tym, jak drużyna wróciła ze zgrupowania z Cypru, gdzie miała zielone murawy do dyspozycji, ciężko było znaleźć we Wrocławiu i okolicach naturalne boisko, które nie byłoby zmrożone. Z konieczności trzeba było ćwiczyć na sztucznych, a później i tak trzeba było grać na zmarzniętych naturalnych

- przyznaje w rozmowie z PAP rzecznik prasowy Śląska Wrocław Kacper Cecota. 

Kluby liczą straty: jak przyznają przedstawiciele Wisły Kraków, organizacja wydarzenia przy niskiej frekwencji nie tylko się nie zwróciła, ale wręcz trzeba było dokładać z klubowych pieniędzy do tego, by spotkanie Ekstraklasy mogło w ogóle się odbyć. Z kolei trener Korony Kielce Gino Lettieri podkreślił, że w warunkach silnego mrozu ciężko jest nie tylko kibicom, ale także piłkarzom.

Najniższą frekwencję w trakcie mroźnej aury odnotowano w Niecieczy - mecz rozgrywającej tam mecze w roli gospodarza Sandecji Nowy Sącz z Zagłębiem Lubin obejrzało 312 widzów, w tym tylko 74 biletowanych.