GUS podał dziś, że przeciętne wynagrodzenie w IV kwartale 2017 r. wyniosło 4516,69 zł, co oznacza wzrost w ujęciu rocznym o 7,1 proc., a w ujęciu kwartalnym wzrost o 6,1 proc. Z kolei realny wzrost przeciętnego wynagrodzenia w 2017 roku w stosunku do 2016 roku wyniósł 3,4 proc.

Główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek przyznaje, że "jak na potencjał polskiej gospodarki to wzrost naprawdę duży". Byłby zapewne jeszcze większy, gdyby nie import pracowników spoza Polski.

Tym niemniej, dodaje, w bieżącym roku należy oczekiwać dalszego wzrostu płac.

Starczewska-Krzysztoszek zwraca uwagę, że w ostatnich miesiącach "ruszyły" nieco inwestycje, ale odnotowany w IV kwartale ich wzrost 10-12 proc. dotyczy przede wszystkim inwestycji publicznych, związaniem z wykorzystywaniem środków unijnych.

Inwestycje przedsiębiorstw są nadal niskie, choć jest duże "ssanie" zarówno ze strony polskiej gospodarki, jak i rosnącej gospodarki europejskiej.

Rośnie bowiem zarówno popyt wewnętrzny, głównie konsumpcyjny, jak i zewnętrzny, a moce wytwórcze wykorzystane są na poziomie 90 proc.

W opinii głównej ekonomistki Lewiatana, z punktu widzenia przedsiębiorstw największym problemem, mogącym mieć wpływ na wciąż niski poziom inwestycji, jest "płytki rynek pracy". Jest bowiem niskie bezrobocie, a jednocześnie powoli wyczerpują się możliwości pozyskiwania siły roboczej z zagranicy, bo np. obywatele Ukrainy mogą już znajdować zatrudnienie w całej Unii Europejskiej, a nie tylko w Polsce:

- Żaden przedsiębiorca nie zdecyduje się na inwestycje, jeśli nie ma gwarancji, że znajdzie pracowników.

Stąd, jej zdaniem, w najbliższym czasie można się spodziewać, że "firmy będą sobie podkupywać pracowników". W efekcie "w tym roku wynagrodzenia mogą wzrosnąć ok. 10 proc.". Jednocześnie może się to odbić negatywnie na gospodarce, bo nie spowoduje wzrostu inwestycji.

Z drugiej strony inwestycje mogą wzrosnąć, dodaje, jeżeli będą związane z inwestowaniem w nowoczesne technologie, nie wymagające wzrostu zatrudnienia.