Jak zaczęło się Wasze wspólne muzykowanie? Bo wizję mam taką: siedzicie sobie całą rodziną w tej swojej Męcinie Małej w salonie przy kominku. Kacper wyjmuje skrzypce, Zuzia siada do bębna, włącza się tata Jan i dajecie się ponieść folkowemu jam session. 

Kacper Malisz: (śmiech) Tak to wygląda chyba tylko w filmach.

Zuzanna Malisz: To jest sprawa pokoleniowa.

KM: To prawda, u nas muzyka była „od zawsze”. Szczerze mówiąc, nie pamiętam momentu, w którym bym nagle stwierdził „O, to teraz zaczniemy grać”. Po prostu się grało, a dopóki nie ogarnęliśmy tego do tego stopnia, że można to gdzieś pokazać publicznie, to się nie grało publicznie po prostu. Dla nas to pytanie zwykle jest kłopotliwe, bo to, że gramy, jest dla nas czymś tak naturalnym jak oddychanie. To trochę tak jak by spytać: dlaczego oddychacie? (śmiech)

Jan Malisz: Ja na to pytanie zawsze odpowiadam tak: ojciec grał, dziadek grał, to i ja gram.

Czyli nie macie wyjścia po prostu?

ZM: Tak, ja zawsze śmieję się, że to takie nasze przeznaczenie.

A dlaczego jest Was tylko troje? Dalsza rodzina nie próbuje do Was dołączyć? 

KM: Wujkowie coś tam podgrywają, ale generalnie nasz projekt obejmuje najbliższą rodzinę. Druga sprawa, że nam to chyba po prostu nieźle wychodzi w tym składzie. Bo w dalszej rodzinie owszem, gra się, ale z różnymi skutkami. 

JM: To znaczy to jest tak, że w mojej rodzinie grają bracia, synowie mojego brata również. Grałem kiedyś dużo z bratem w kapelach ludowych. Zawsze chciałem taką rodzinną kapelę założyć – nie udało się to z moimi braćmi, to postanowiłem, że…

…wyżyje się Pan na własnych dzieciach.

JM: (śmiech) Dokładnie.

Panie Janie, oprócz tego, że wykonuje Pan muzykę tradycyjną, zajmuje się Pan także lutnictwem. Skąd taka pasja? I czy w XXI w. jest jeszcze popyt na instrumenty ludowe?

JM: Tata kochał muzykę i otaczał się instrumentami. On zawsze mówił tak: „muszą być w domu instrumenty, żeby dzieci miały na czym grać” – to było dla niego oczywiste. Więc to, że teraz gram na wielu instrumentach bierze się stąd, że po prostu miałem do nich dostęp. Przygoda lutnicza zaczęła się, kiedy ojciec przyniósł do mojej pracowni swoje własne skrzypce. Były stare i połamane, tata wyjął je z jakiegoś woreczka i powiedział „a masz t, będziesz miał na rozpałkę”. Nigdy ich jednak nie spaliłem. Potem, po śmierci taty, to już po prostu nie miałem sumienia ich wyrzucić i któregoś dnia wziąłem te kawałki, zacząłem dopasowywać deseczki niczym puzzle i doszedłem do wniosku, że chyba uda mi się to posklejać. Z zawodu jestem również stolarzem i cieślą, zajmowałem się też wtedy rzeźbiarstwem,  więc było mi o tyle łatwiej, że miałem opanowaną pracę  z dłutem. A potem poszło już samo – zacząłem wykonywać inne instrumenty: liry korbowe, bębny. Wbrew pozorom jest dziś na nie duże zapotrzebowanie, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy grają muzykę tradycyjną. W ogóle mam wrażenie, że panuje w tej chwili taki boom na tego typu instrumenty, o czym może świadczyć sukces chociażby takiej inicjatywy jak targowisko instrumentów tradycyjnych podczas festiwalu Wszystkie Mazurki Świata.

No właśnie. Kiedy ostatnio rozmawiałam z Adamem Strugiem, powiedział mi, że ta moda na muzykę tradycyjną ma dwie strony medalu – z jednej to super, ze młodzież sięga do korzeni, ale z drugiej często podchodzi do materiału źródłowego z niedostatecznym poszanowaniem. Co wy poradzilibyście młodym twórcom, którzy chcą wykonywać tego typu muzykę?

KM: Jest w tym dużo prawy, że przydaje się pewna pokora względem oryginały. Ważne, by nie poczuć się zbyt pewnie, zwłaszcza na początku. Ale z drugiej strony, trzeba uważać, żeby też się nie zamknąć, żeby nie klonować czyjegoś stylu. No i przede wszystkim trzeba to naprawdę lubić, a nie zmuszać się z powodu jakiejś mody.

ZM: Może to oklepane, ale ja bym powiedziała też, by nie przejmować się krytyką innych. Kiedy my zaczynaliśmy nasza przygodę z muzyką tradycyjną, ludzie w naszej szkole  - Kacper był w gimnazjum, ja podstawówce  - pojawiały się docinki w stylu „hehe, gracie wiejskie disko” i tym podobne. Wtedy to było dla naszych rówieśników po prostu obciachowe. Przejmowałam się trochę tym, ale teraz, kiedy już osiągnęliśmy pewien poziom i jeździmy z naszym materiałem po całym świecie, widzę, że wtedy było warto być „obciachowym”.

A jakaś rada od ojca założyciela?

JM: Ja bym powiedział, że należy się uczyć jak najwiecej melodii tradycyjnych, żeby mieć duży repertuar. Jak się zna dużo melodii, to wtedy łatwiej tworzyć własne melodie na podstawie tego, co się już zna. Dlatego nam tak łatwo to przychodzi - nagrać niemal „z marszu” 10 lub 12 piosenek? Proszę bardzo - ale to dlatego, że mamy dużą bazę.

Na koniec zapytam o nowy krążek. Po „Mazurkach niepojętych” przyszedł czas na „Wiejski dżez”. Czy to jakiś nowy zwrot w Waszej muzyce?

KM: W pewnym sensie tak. Z muzyki tradycyjnej są może dwa utwory, reszta to nasze autorskie kompozycje. Tym razem położyliśmy nacisk na bardziej nowoczesne brzmienia. To nadal mazurki, ale bardziej improwizowane, z innymi skalami i innym podejściem do harmonii mazurkowej.