Nie wiem, jak się z tym czują gibony. Pewnie zasadniczo jest im to obojętne. Piszę o tym, bo gibon zawsze mi się przypomina, gdy czytam oświeconych publicystów. Wiecie Państwo, o których chodzi. O tych, którzy rozdają takie łatki jak „lewak”, „beton”, „PiS-obeton”, „ciemnogród” i co nienawidzą rowerów, bo im się żupan – symbol złotej szlacheckiej wolności – w łańcuch wkręca. To ci, którzy chcieliby parkować na trawnikach i z szablą przy boku oraz zakręcając wąsa chronić świat przed zakusami złej władzy, którą rozumieją wyłącznie jako formę represji. Słowem, chodzi o tych, którzy w dyskusji uznają tylko własne zdanie, za postęp rozumieją to, co sami wymyślą, i generalnie znają się na wszystkim najlepiej. Wiedzą, że niuansowanie jest dla frajerów, a każdy nawet najbardziej skomplikowany problem można sprowadzić do prostej dychotomii. I niezależnie od tego, czy jest to smog, czy wojna w Syrii.

Konkretami zajmują się jednak rzadko. Większość swojej aktywności gibonowaci publicyści poświęcają na to, aby udowodnić czytelnikowi (który chyba nie zdołałby wyciągnąć z tego wniosku samoistnie), że zasadniczo różnią się od innych człekokształtnych publicystów. I trzeba przyznać, że obserwowanie ich starań jest fascynujące. Mimo że różnicy w chromosomach nie można dostrzec gołym okiem.