Cieszy się także Stanisław Koziej, czemu dał upust na Twitterze, licząc od razu na „normalizację w stosunkach”. Widzieliśmy uśmiechniętego gen. Jarosława Kraszewskiego. Zapewne z ulgą odetchnęły też szeregi byłych Wojskowych Służb Informacyjnych. 

Już tylko po tych reakcjach można wnioskować, że odwołanie Macierewicza jest złym sygnałem. Jest też sygnałem, że pomimo rzekomej „dobrej zmiany” wciąż można w sposób pozamerytoryczny i zakulisowy pozbyć się dowolnego człowieka. Wczoraj pozbyto się najlepszego szefa MON-u po 1989 r. To z jednej strony oznaka uległości wobec trwającego wiele miesięcy szczucia i budowania fałszywego wizerunku. Z drugiej – intryg, które znalazły wczoraj swój finał w Pałacu Prezydenckim i zostały przypieczętowane decyzją o odwołaniu Macierewicza. Co ważne, stało się to w momencie, kiedy coraz więcej Polaków przekonywało się, że dorabiana byłemu szefowi MON-u „gęba” jest tak samo prawdziwa, jak opiewana przez jego przeciwników książka o nim. 

Trudno przy tym choćby nie zastanowić się nad teorią złośliwych, że cała misternie rozpisana na role rekonstrukcja sprowadza się w konsekwencji jedynie do pozbycia się Macierewicza z MON-u i temu de facto posłużyła. Pozostałe roszady (może poza pozbyciem się Witolda Waszczykowskiego z dyplomacji) sprowadzają się do ustawienia kilku osób z najbliższego otoczenia Jarosława Gowina na ministerialnych stanowiskach i wycięcia w pień nielubianego Jana Szyszki, ministra środowiska. 

W niewygodnej roli jest dziś Mariusz Błaszczak, wstawiony wczoraj do MON-u. Dotychczasowy minister spraw wewnętrznych będzie musiał pokierować resortem, do którego potrzeba reformatora z krwi i kości. Nie odmawiam tego oczywiście nowemu ministrowi obrony narodowej. Warto jednak zwrócić uwagę, że test „gęstości kości i chłodu krwi” przyjdzie mu zdać już za chwilę. I to nie tylko w potyczkach z dziennikarzami, których można uciszyć bon motami o „totalnej opozycji”. Naprzeciwko polskiego szefa MON-u – kimkolwiek by on był – stoi zgromadzona za wschodnią flanką NATO druga siła militarna świata, w Polsce zaś jej piąte kolumny i pożyteczni idioci, ale także ci marzący o „normalizacji”, czyli o tym, „by było tak, jak było”. Trudno nie mieć wrażenia, że  wczoraj to oni cieszyli się najbardziej.