Polacy tym razem nie włączyli się na dobrą sprawę do walki o zwycięstwo. W niedzielę po pierwszej serii blisko podium był Maciej Kot, który poszybował na 130 metr i tracił do trzeciego miejsca 3,8 pkt. Ostatecznie jednak skończył zawody na miejscu ósmym, tuż za Kamilem Stochem, który po pierwszej próbie (123,5 m) był dziewiąty, ale skokiem na 134 m podciągnął się w klasyfikacji konkursu o dwie pozycje. 16. miejsce zajął Piotr Żyła, 19. był Dawid Kubacki, a 26. Jakub Wolny, który i tak odnotował najlepszy występ w PŚ w karierze.

Świetnie poszło za to Niemcom. Andreas Wellinger umiał skorzystać z dobrych warunków i wiatru pod narty, dzięki czemu zwyciężył niedzielny konkurs po skokach na odległość 132 m i 133,5 m, wyprzedzając Richarda Freitaga, triumfatora z soboty. Na podium znalazło się jeszcze miejsce dla Austriaka Stefana Krafta. 

Długa podróż do azjatyckiej części Rosji nie zniechęciła czołowych zawodników Pucharu Świata. Siłę pokazali nie tylko Niemcy, lecz także skoczkowie norwescy. Wielkim nieobecnym był jedynie Japończyk Junshiro Kobayashi. Zwycięzca inauguracyjnego konkursu PŚ w Wiśle po rozmowach ze sztabem zdecydował, że odpuści część startów. Zamiast wielogodzinnej wyprawy do Rosji wybrał treningi z kadrą japońskich skoczków i przygotowania do konkursu w Titisee-Neustadt. Stracił tym samym szansę na utrzymanie pozycji w klasyfikacji generalnej.
Będący w gronie faworytów biało-czerwoni spisali się nieco poniżej oczekiwań. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę meldowali się w konkursach w komplecie, ale w ich skokach brakowało błysku. W dość loteryjnych warunkach szczęście sprzyjało tym razem innym, chociaż Stoch, który zawody ukończył kolejno na 15. i 7. miejscu, nie miał zamiaru zwalać winy na wiatr. - Wiem, że mogłem skoczyć lepiej, zwłaszcza w drugiej serii. Straciłem równowagę i skierowałem się za bardzo do przodu. Można oczywiście oceniać te zawody pod kątem loterii czy pecha, ale ja skupiam się bardziej na swoich skokach. Na warunki wpływu nie mam, na skoki tak - stwierdził po pierwszym z konkursów w rozmowie z serwisem skijumping.pl. - Zaraz po wyjściu z progu dało się wyczuć delikatny przewiew z tyłu, dopiero na dole dostawaliśmy coś pod narty. Konkurs był nieco loteryjny, a ja mogę się jedynie cieszyć, że na tej loterii wyciągnąłem średni los - komentował z kolei Dawid Kubacki, który zajął dzień po dniu 11. i 19. miejsce.

W sobotę dalekimi, rekordowymi lotami, imponowali skoczkowie norwescy. Już w pierwszej serii rekord skoczni - ustanowiony wcześniej przez swojego rodaka Johanna Andre Forfanga (140 m) - pobił Norweg Daniel Andre Tande, który poszybował o metr dalej. Tande nie dotrwał z nowym rekordem do końca zawodów, bo w drugiej serii rekord skoczni odzyskał Forfang, notując skok na odległość 141,5 m. Był to lot piękny, ale i bardzo już niebezpieczny, zakończony lądowaniem na płaskiej części zeskoku.

Tande i Forfang znaleźli się na podium sobotniego konkursu, ale żaden nie stanął na jego najwyższym stopniu. Pogodził ich wspomniany Freitag, który triumfował w PŚ po raz pierwszy od stycznia 2015 roku. Niemiecki skoczek objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej PŚ. Najlepszy z biało-czerwonych, Stoch, jest szósty i traci do Freitaga 127 pkt.