Barcelona i Atletico to, obok Valencii, jedyne zespoły, które w tym sezonie nie poniosły jeszcze porażki, przy czym "Duma Katalonii" może pochwalić się kompletem zwycięstw w siedmiu meczach, a stołeczni zanotowali już trzy remisy. Dlatego oba zespoły dzieli sześć punktów.

Kataloński klub, jeden z najpopularniejszych na świecie, nigdy nie był mile widziany w stolicy Hiszpanii, ale wydarzenia ostatnich tygodni prawdopodobnie spotęgują tę niechęć. We wrześniu w Katalonii odbyło się referendum w sprawie odłączenia tego regionu od reszty kraju, ale jego legalność nie została uznana przez władze centralne. Na ulicach Barcelony pojawiły się służby porządkowe, dochodziło do starć i przepychanek, w których ucierpiały setki osób.

Taki sposób załatwienia sprawy nie podoba się żadnej ze stron, dlatego trudno oczekiwać, że na stadionie Atletico rywale przywitani zostaną inaczej niż gwizdami i buczeniem. Kapitan gości Andres Iniesta nie ukrywał, że napięta sytuacja polityczna go dekoncentruje.

- Nikomu nie podoba się to, że ludzie skaczą sobie do gardeł, bo mają różne flagi. To kryzys, który powinien zostać rozwiązany przez władze. Nikt nie może się czuć dobrze w tej sytuacji, nie da się tego wszystkiego zignorować - powiedział w rozmowie z "Catalunya Radio".

Barcelona ma "patent" na Atletico, grające przed własną publicznością. Madrytczycy pokonali tego rywala tylko raz w ostatnich sześciu meczach w stolicy (licząc wszystkie rozgrywki), a ponieśli pięć porażek.

- To będzie trochę inny mecz z wielu powodów. Zawodnicy uczestniczący w eliminacjach mistrzostw świata dopiero wracają do klubów. Z tym rywalem trzeba zagrać na 200 procent, ale to też wielkie sportowe wydarzenie, którym trzeba się cieszyć - dodał Iniesta.

Początek spotkania w Madrycie w sobotę o godzinie 20:45.