Działacze partii już skaczą sobie do oczu, bo nie widzą jakiejkolwiek szansy na odbicie się od dna. Do tego dochodzi jeszcze sprawa Hanny Gronkiewicz-Waltz. Prezydent Warszawy już dawno powinna być zrzucona z partyjnych sań na pożarcie wilkom, ale nadal trzyma się pokładu, udając, że nic się nie dzieje. Jak się okazuje, Schetyna nie ma odwagi kopnąć jej mocniej i zrzucić, zapewne w obawie, że HGW w akcie desperacji zacznie opowiadać wilkom szczegółowo o wszystkich interesach PO. A te z pewnością były dużo rozleglejsze niż złodziejstwo kamienic w centrum Warszawy. Jeśli ktoś wyłamie się z partyjnej omerty, formacji grozi totalna rozsypka. Z Zachodu nie widać pomocy. Donald Tusk od miesięcy, a w zasadzie od czasu ostatniego przesłuchania w prokuraturze, konsekwentnie milczy. Ruchy w PO zaczynają być nerwowe. Ostatnio poddano pomysł zmian lidera formacji. Bronią w tym wypadku ma być wizja zjednoczonej opozycji. Oczywiście temu procesowi ma szkodzić Grzegorz Schetyna, co z kolei nakazuje postawić pytanie, czy PO musi zmienić lidera? Powiedziałbym jak Zagłoba, gdy po pojedynku Bohuna z Wołodyjowskim rozkazywał zająć się lekarzom pokonanym Kozakiem: „niewiele mu to pomoże, ale lżej mu będzie umierać”. I pamiętam przy tym, jak bardzo Zagłoba Bohuna nie docenił. Wydaje się jednak, że tym razem pacjent umrze, tylko przyczyna może być inna. Albo nieudolny lider, albo 15 nieudolnych liderów zjednoczonej opozycji.