Przecież w naszym kraju od lat największą frekwencją cieszą się wydarzenia kościelne. I to chyba najbardziej boli tych wszystkich (w Polsce i na świecie), którzy dostali wręcz szału, że kilkaset tysięcy, może milion ludzi, wspólnie modliło się na różańcu. Porównują to ze swoimi demonstracjami i ogarnia ich frustracja. Ale jest też inna kwestia: to choroba naszych czasów, rozpowszechniona głównie w Europie Zachodniej, a u nas w niektórych środowiskach, że ludzie są jakby duchowymi analfabetami. Nie są w stanie na nic spojrzeć z perspektywy wiary, ale tylko polityki i własnych płytkich wyobrażeń. Dotyczy to głównie elit i elektoratu lewicowo-liberalnego, choć nie tylko. Widziałem w internecie, że również ci obcokrajowcy, którzy rozpowszechniali informację o „Różańcu”, dodawali od siebie, że to sprzeciw wobec islamizacji. Tylko to ich interesuje. Ale nic to, po to przecież są takie akcje, żeby zmuszać do myślenia i otwarcia serc.