Kiedy między Alice (Reese Witherspoon) i jej mężem dochodzi do separacji, kobieta wraz z dwoma córeczkami przeprowadza się z Nowego Jorku do rodzinnego Los Angeles. To tutaj przeżywała szczęśliwe dzieciństwo – choć jej rodzice rozwiedli się, gdy miała zaledwie cztery lata, dorastanie w towarzystwie ojca, słynnego hollywoodzkiego reżysera, było dla małej Alice prawdziwą przygodą. Ponadto ojciec zawsze traktował ją jak małą księżniczkę, hucznie obchodząc każde urodziny córki. Dlatego gdy Alice kończy czterdzieści lat, bohaterka daje się ponieść beztroskiej zabawie. Do tego stopnia, że następnego dnia budzi się w towarzystwie trzech obcych mężczyzn. Szybko okaże się, że szalony wieczór zaowocuje bardzo nietypową przyjaźnią. 

„Wszyscy moi mężczyźni” to debiutancki film córki Nancy Meyers (twórczyni znakomitego „Lepiej późno niż później” czy równie udanego „To skomplikowane”),  Hallie Meyers-Shyer. Jak na debiut, film można uznać za niezły – mamy tu do czynienia z pomysłową historią, znakomitymi rolami dziecięcymi i maestrią gwiazdy produkcji: to na Reese Witherspoon twórczyni oparła być albo nie być obrazu. Mimo upływu lat (w zeszłym roku aktorka, podobnie jak jej bohaterka, skończyła 40 lat), na gwiazdę „Legalnej blondynki” wciąż dobrze popatrzeć. Zresztą o tym, że Witherspoon ma do powiedzenia więcej niż role trzpiotek, aktorka przekonała w niedawnym serialu HBO pt. „Wielkie kłamstewka”. 
    A jednak obraz  Meyers-Shyer nie ma w sobie nic, co mogłoby zapisać go w pamięci widza. Bo ile można słuchać romantycznych piosenek towarzyszących stanowczo zbyt długim scenkom rodzajowym? W filmie nie znajdziemy porywającej fabuły, a tak mdłego zakończenia w kinie nie widziałam już dawno. Plus totalnie niewykorzystany potencjał ról męskich, które raczej drażnią niż bawią (zwłaszcza gdy młodociani lokatorzy Alice usiłują „uchronić” bohaterkę przed jej własnym mężem). Cóż, tym razem czegoś zabrakło, co nie oznacza, że spadkobierczyni talentu Nancy Meyers pozbawiona jest potencjału. A film na pewno powinni zobaczyć fani Withesrpoon – trudno bowiem zliczyć sceny, w których widz nie jest częstowany zjawiskowym uśmiechem wciąż pięknej aktorki.