Tytułowa Mroczna Wieża to ostatni bastion rzeczywistości, jaką znamy – chroni świat ludzi (nazywany u Kinga Światem Kluczowym), oddzielając go od świata demonów i potworów. Nic dziwnego, że Walterowi O’Dimowi, znanemu także jako Człowiek w Czerni (znakomity jak zawsze Matthew McConaughey), zależy, by Mroczną Wieżę zniszczyć i objąć bezwzględne panowanie nad światem. Jego mrożący krew w żyłach plan od lat utrudniają rewolwerowcy, których ostatnim żyjącym przedstawicielem jest Roland (Idris Elba). Nieoczekiwanie w karkołomnej misji mężczyźnie na pomoc przychodzi nastolatek Jake Chmabers (Tom Taylor), odznaczający się wyjątkowymi umiejętnościami mentalnymi. 

Choć powieści Kinga to niemal gotowe scenariusze (tak było m.in. z „Zieloną milą” i „Lśnieniem” – jednak do tego ostatniego tytułu sam pisarz miał wiele zastrzeżeń), „Mroczna Wieża” udowadnia, że nie każda z jego książek to przepis na filmowy sukces. Samo to, że na cykl składa się aż osiem tomów, utrudnia wtłoczenie fabuły w ramy półtoragodzinnego filmu. Jeśli dodać do tego polityczną poprawność Hollywoodu, za sprawą której w roli Rolanda obsadzono czarnoskórego Elbę (mimo że w samej powieści King wielokrotnie nazywa rewolwerowca „białasem”, a postać była wzorowana na Clincie Eastwoodzie), zyskujemy raczej pewną wariację na temat literackiego pierwowzoru niż ekranizację sensu stricto. 

Nad książką Stephen King pracował 30 lat, twierdził nawet, że seria to dzieło jego życia. W obliczu tak obszernego materiału „Mroczna Wieża” powinna być raczej serialem niż filmem (jak zresztą od lat postulowali to fani cyklu), w którym siłą rzeczy zabrakło wielu smaczków z powieści. Dlatego fanom pisarza film może się nie spodobać – co nie zmienia faktu, że obraz Arcela to nadal trzymające w napięciu, klimatyczne i świetnie zrobione widowisko, które warto uwzględnić w planach na najbliższy weekend. Być może okaże się też zachętą do sięgnięcia po twórczość Kinga dla tych, którzy jeszcze tego nie zrobili.