W czasie pokoju cywilną kontrolę nad armią sprawuje minister obrony narodowej. Rola prezydenta rośnie dopiero w czasie wojny. Rzeczywiście to prezydent decyduje o generalskich nominacjach. Może ich odmówić, gdy jego zdaniem nominowany nie spełnia warunków do takiej nominacji. Nie może jednak tego uprawnienia wykorzystywać do wymuszania swojego udziału w rządzeniu armią. Zarówno metoda, jak i zakres przypisanych prezydentowi kompetencji są w tym wypadku niezgodne z konstytucją. Konieczność zmian personalnych w wojsku jest oczywista. Minister obrony może sobie poradzić nawet bez nominacji generalskich. Problem w tym, że do wojska wprowadza się politykę, od której powinno ono być wolne. Wstrzymanie wszystkich nominacji generalskich osłabia  morale i wysyła sygnał, że obóz rządzący się kłóci. Tego armia potrzebuje najmniej. Zupełnie osobne jest pytanie o to, jak mogą wyglądać konsultacje szefa MON-u z prezydentem, gdy służby stawiają pytanie o zasadność dostępu do tajemnic jego doradcy. Pytanie, które prezydent znał. Jeżeli to zaciążyło nad jego decyzją, znajdzie się w trudnej sytuacji.