Pamiętamy jednak także, że nawet tęgie prawicowe pióra drwiły w publicystyce z pomysłu, by to skromny i sympatyczny współpracownik śp. Lecha Kaczyńskiego rzucał rękawicę nadmuchanemu sondażami Komorowskiemu. Drwiły prawicowe kataryny i kataryniarze. Całkiem zapewne przypadkowo kpili ci, którzy dziś nie ustają w podszeptywaniu prezydentowi, by ten odciął się od „smoleńskich radykałów”. Ludzie, którzy w swoich ocenach mylą się z podobną częstotliwością, z jaką swoje gafy wygłaszał Bronisław Komorowski w końcówce kampanii wyborczej.


Nie narciarz, lecz wyścigowiec


Bilans prezydentury po dwóch latach od zaprzysiężenia (6 sierpnia 2015 r.) jest zadowalający. Już samo zestawienie liczb każe pożegnać złośliwy mit o „prezydencie narciarzu”, który według nieprzychylnych mu mediów miast głową państwa jest leniwym „amatorem białego szaleństwa”.


I tak: 38 wizyt głów państwa i szefów rządów, ponad 50 wizyt zagranicznych i 187 krajowych, 52 odwiedzone powiaty, zapowiedź dyskusji nad nową konstytucją. To jedynie wycinek z długiej listy aktywności, które podjął prezydent przez ostatnie dwa lata. Dwa lata, które po chłodnej analizie musimy, jako obóz niepodległościowy, uznać za udane. Musimy nie tylko dlatego, że – jak pisałem już w krótkim komentarzu – to nie problem dobrze wypaść na tle poprzednika, „króla gaf i bigosu”, którego „sukcesy” to zdystansowanie się od USA oraz serwilizm wobec unijnych partnerów.


Pamiętajmy poziom, z jakiego Andrzej Duda wchodził „na urząd”. Za każdym razem przypomina mi się historia, opowiedziana mi przez Pawła Bobołowicza, kijowskiego korespondenta Radia Wnet, do którego w wieczór wyborczy tuż po ogłoszeniu wyników rozdzwoniły się telefony od ukraińskich dziennikarzy. Zdezorientowani komentatorzy pytali: kim jest ten Duda? To pokazuje, jak zabetonowany był nasz układ polityczny, w którym cała Europa, na wschodzie i na zachodzie, postrzegała Polskę jako kraj o „ustabilizowanej demokracji” – celowo biorę to w cudzysłów, bo owa stabilizacja oznaczała ni mniej, ni więcej tylko wieczne trwanie „obozu III RP”.


Różne tempo, ten sam cel?


Dziś, po dwóch latach, kiedy za sprawą „dobrej zmiany” widzimy krystalizację kierunków, w jakich iść ma nie tylko polityka „dużego pałacu”, ale i całość politycznego zwrotu, jaki dokonał się w Polsce w 2015 r., widać, że wbrew podszeptom z prawej i lewej strony prezydent i rząd idą w tym samym kierunku.


Bądźmy szczerzy – rola prezydenta jest inna niż partii politycznej. Nie może on sobie pozwolić na odwoływanie się jedynie do swojego elektoratu kosztem marginalizowania centrum i wyciągania ręki do krytyków. Zgodnie z jedną z definicji politologicznych rolą partii jest dojście do władzy i sprawowanie jej. Na to nastawiona jest wszelka arytmetyka (przed)wyborcza. Prezydent z racji swojej funkcji i rangi musi obejmować majestatem całą Rzeczpospolitą i mówić o słuszności swoich działań w sposób, który przekona nie tylko przekonanych. Nakłada to na niego konieczność modyfikacji strategii, używanie innej retoryki, taktyczne przyspieszanie, ale i spowalnianie tempa, dialog. I jeśli odbywa się to wszystko przy zachowaniu kierunku, w zgodności z własnym programem i w wierności przyrzeczeniom – nie można mieć o to pretensji. Nadrzędna idea, racja stanu powinna być najlepszą busolą. Czas ma tu znaczenie niebagatelne, ale wtórne w stosunku do taktyki i wizji.


Czy więc prezydent Andrzej Duda jest (i powinien) być zakładnikiem własnego obozu politycznego? Cóż, legitymację partyjną oddał jeszcze w 2015 r., przysięgę składał przed narodem i jemu służy. Nie zwalnia go to jednak z obowiązku realizacji wspomnianych przyrzeczeń. Po raz pierwszy od 2005 r. jesteśmy jednak w komfortowej sytuacji, gdy obóz niepodległościowy przekonany do konieczności sanacji Rzeczypospolitej ma w rękach wszelkie narzędzia, z czasem włącznie.


Nie ma pan przyjaciół „po tamtej stronie”


Nie ma jednak złudzeń. Obóz III RP nie będzie ustawał w próbach, by nie doprowadzić do wspomnianej sanacji. Walka o powrót do status quo, by „było tak, jak było”, będzie trwała. Redaktor Sławomir Kmiecik w swojej książce „Cel: Andrzej Duda. Przemysł pogardy kontra prezydent zmiany” pisze: „Andrzej Duda dla środowisk lewicowo-liberalnych i największych polskich mediów jest jak postać z sennego koszmaru. Wbrew stereotypowi prawicowca to polityk młody, wykształcony, wierny tradycji, ale niestroniący od zdobyczy nowoczesności, do tego lojalny i lubiany. Te i inne »grzechy« nowego prezydenta RP sprawiają, że od chwili przystąpienia do batalii o najważniejszy urząd w państwie znajduje się on w ogniu niewybrednych ataków”.


To prawda. Prezydent jest dla „totalnej opozycji” wdzięcznym obiektem do ataków. I owe ataki nie ustają. Z jednej strony mamy więc przemysł pogardy, wystudiowany i udoskonalany przez lata mechanizm, który przeciwko prezydentowi buntował nawet jego wykładowców i przyjaciół. Mechanizm, który sprawił, że w opinii publicznej na dobre zaistniały bon moty z kabaretu, w których prezydent przedstawiony jest jako bywalec poczekalni w biurze Jarosława Kaczyńskiego. Z drugiej strony widzimy udawaną fraternizację i ugłaskiwanie głowy państwa, jak wówczas, gdy prezydent zawetował dwie z ustaw dotyczących reformy sądów. Robią to ci sami ludzie. Ta metoda kija i marchewki jest jednak – mam nadzieję – czytelna dla prezydenta i jego środowiska. Czytelna na tyle, że zdaje on sobie sprawę z papierowej szczerości i tymczasowości chwilowych umizgów mainstreamowych mediów, „konstruktywnej opozycji” czy oklasków „symetrycznych” publicystów. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby doradcy prezydenta nie byli świadomi tej chwilowej mimikry chwalących głowę państwa za „racjonalizm” i przeciwstawiających go własnemu obozowi.


Ale i ci, którzy z pozycji Prawa i Sprawiedliwości ciskają gromy w stronę Pałacu Prezydenckiego, powinni wziąć głęboki oddech. Nie jest dobrze, gdy minister sprawiedliwości wdaje się w żenującą potyczkę z prezydenckim ministrem. Zbigniew Ziobro, którego ambicje polityczne są znane, nazywający prezydenta „młodym politykiem” i z lekceważeniem wypowiadający się o jego decyzjach, mówiąc delikatnie, nie pomaga, a daje jedynie sygnał, że owe ambicje grają dużą rolę w jego decyzjach. Pokazuje też miejsce do wbicia klina.


Weto testem na spójność


Sprawa jest jasna. Prezydent zapowiedział, że w ciągu dwóch miesięcy od zawetowania ustawy przedstawi własne projekty reform sądownictwa. To sygnał, który nie może być lekceważony. Z uwagą obserwujmy to, co wyjdzie spod prezydenckiego pióra, i proces dyskusji nad owymi projektami. Nie mam wątpliwości, że każdy projekt zostanie poddany krytyce ze strony opozycji – zwyczajnie niezainteresowanej jakimikolwiek zmianami, także w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości.


Życzyłbym jednak sobie – a pewnie nie jestem odosobniony – by owa debata odbyła się przy współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości i z dużo lepszą niż w wypadku zawetowanych ustaw oprawą informacyjną obu pałaców – Prezydenckiego i Kancelarii Premiera. Stawka jest bowiem bardzo wysoka, a siły zaangażowane przeciwko obozowi „dobrej zmiany” potężne i sięgające daleko poza nasze granice. To będzie prawdziwy test dla obozu „dobrej zmiany”.


Teoria o tym, że bez zwycięstwa Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich nie byłoby sukcesu Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych, jest niefalsyfikowalna. Nie dowiemy się tego. Jednak faktem jest, że to sukces prawnika z Krakowa zmobilizował obóz prawicy do wytężonej pracy w kampanii wyborczej. Ustrzeżono się wielu możliwych błędów, a słabości przeciwnika wykorzystano bez litości. Nikomu nie wolno dziś, po zwycięstwie, odwracać tej taktyki.



Już po oddaniu tekstu do druku Biuro Bezpieczeństwa Narodowego podało informację o decyzji prezydenta. Ten 15 sierpnia br. nie wręczy nominacji generalskich oraz admiralskich w Siłach Zbrojnych RP. Jak poinformowało BBN: „W ocenie prezydenta trwające prace i brak uzgodnień dotyczących nowego systemu kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP nie stwarzają warunków do merytorycznej oraz uwzględniającej potrzeby armii oceny przedstawionych kandydatur do awansów generalskich”. To niestety wskazuje na rzeczywisty konflikt między prezydentem a ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem. Czas pokaże, jak głęboki to konflikt.