Z licznych argumentów przeciw reformie Sądu Najwyższego warto zwrócić uwagę na słowa Adriana Zandberga, że wprawdzie „sądy są pełne biurokracji i bezduszności”, ale przez PiS „obecnych sędziów zastąpi nowa kasta ludzi wyznaczonych przez Zbigniewa Ziobrę”. Otóż sytuacja w sądach wyglądała do tej pory tak, że istniała grupa sędziów uprzywilejowanych, zarabiających olbrzymie pieniądze za niewielką pracę. I większość obciążona na dole czarną robotą. Trudno o większy absurd niż stwierdzenie, że teraz Kaczyński wstawi do sądów swoich ludzi. To niemożliwe, sędziowie muszą skończyć studia. Reforma SN polega na mickiewiczowskim urwaniu łba hydrze. By wierchuszkę sądów przestali stanowić sędzia Godyń – oficer śledczy w organach bezpieczeństwa PRL-u, czy sędzia Płóciennik, który wsadzał do więzienia starszą panią Zofię Pietkiewicz, bo znieważając milicjantów, demoralizowała młodzież. Chodzi o umożliwienie awansu sędziom, którzy nie są bezduszni, a bez reformy nie mieliby szans awansować. Partia Razem, idąc na manifestację z KOD-em, dała sygnał pokrzywdzonym w transformacji, że zawsze w decydującym momencie ma ich gdzieś i woli błyszczeć w TVN-ie i „GW”.