Mamy za sobą przesłuchanie Marcina P., byłem przekonany, że skorzysta z prawa do odmowy składania zeznań, ale się pomyliłem. Nie chcę się tłumaczyć, jednak dla porządku napiszę, że otrzymałem fałszywe dane. Od lewa do prawa płynęły informacje, że Marcin P. jest prostaczkiem, który nie mógł wymyślić takiego „biznesu” jak Amber Gold. W tej recenzji zawiera się ewidentne kłamstwo i jedno duże prawdopodobieństwo. Przed komisją sejmową rzekomy drobny oszust wypadł niczym profesor. Był pewny siebie, na większość pytań odpowiadał tak, jakby znał je wcześniej. Po przesłuchaniu Michała Tuska, któremu miał pomóc, a w rzeczywistości zaszkodził Roman Giertych, Marcin P. wydaje się Cyceronem i Arystotelesem w jednym ciele. Naturalnie nie wynika z tego nic ponadto, że opinie o przeciętnym cwaniaczku są nieprawdziwe. W najgorszym razie należy go uznać za lepszego cwaniaka, ale mimo wszystko podpisuję się pod wysokim prawdopodobieństwem, że jeden Marcin P. nie mógł ukraść miliardów. W samym pomyśle nie ma żadnej finezji, przeciwnie, to strasznie prymitywny kant. Ludzie wpłacali pieniądze, za które Marcin P. miał zakupić złoto, czego nie zrobił, a kasa przepadła. Gdzie tu skomplikowana operacja? Nie tylko on mógł to wymyślić, ale i obaj Tuskowie daliby radę, może nawet Giertych. Powodzenie operacji nie zależało od koronkowego projektu, ale od osłony odpowiednich ludzi i instytucji. Dopiero ta okoliczność sprawia, że Marcina P. jako twórcę Amber Gold można stanowczo wykluczyć. Ważąc wszystkie za i przeciw, jedno nie ulega wątpliwości. Intelektualnie, a w pewnych aspektach również moralnie, Marcin P. bije na głowę Donalda Tuska, jego syna i mecenasa Giertycha, mógłby być ich nauczycielem.