W Polsce każda reforma zaczyna się od gadania i na gadaniu kończy. Gadanie jest bowiem tak długie i męczące, że na działanie nie ma już siły ani czasu. Jest to nawet wygodne, gdyż nic nie robiąc, nikomu się nie narażamy, a teatr pt. „ostry spór na ekranie TV” przysparza tylko popularności: „Ale mu dołożył!”. Trwa więc przedstawienie. Gawędziarze udają działanie i wygrywają, gdyż później będą mogli oddać się jeszcze drugiemu ulubionemu zajęciu – narzekaniu. Znów wszyscy nas skrzywdzili, bo Polska nie leży na Madagaskarze. Znów winni straconym okazjom są wszyscy inni, tylko nie Polacy – wieczne ofiary niesprzyjających okoliczności. Leży polski Obłomow na kanapie, popija piwo i zastanawia się, jakie ma gwarancje, że odniesie sukces, jeśli podejmie jakieś działanie. Co rusz otrzymuję pytania, jakie są gwarancje sukcesu. Po co coś robić, skoro szanse są niepewne. Dopóki nie podejmie się działania, istnieją jedynie gwarancje przegranej. A w toku akcji pojawiają się czynniki, których przewidzieć nie można. Polski Obłomow musi jednak mieć 100-procentową pewność, że się uda, gdyż jest pewny, iż właśnie się nie powiedzie. Każdy projekt spotyka się z ripostą – to się nie uda. Po co więc zwlekać się z kanapy? A jeśli już, to niech ruszy się sąsiad, bo mnie to się nie opłaca. Kanapa pewniejsza. Uwagi te dotyczą w takim samym stopniu przeciętnych Polaków, jak i polityków. Różnica polega jedynie na tym, że ci drugi muszą publicznie nieustannie opowiadać, jak to zreformują Polskę i będzie dobrze, bo mają plany, żeby było dobrze, przecież chcą, by było dobrze, ponieważ Polacy zasługują, żeby było dobrze itp., itd. I najważniejsze – żadnych konkretów, żadnego działania, zero zmian.