Głos Kościoła nie musi, a czasem nawet nie powinien współbrzmieć z głosem władzy. Gdy tak nie jest, robi się zwyczajnie niebezpiecznie, i to zarówno dla narodu, dla państwa, jak i dla samej wspólnoty wiary. O wiele lepiej, gdy to, co mówią biskupi, kapłani jest w lekkiej kontrze wobec wypowiedzi władzy. I dotyczy to nie tylko władzy lewicowej, antyklerykalnej czy liberalnej, ale w równym stopniu prawicowej czy konserwatywnej, a także tej chętnie odwołującej się do wiary. Dlaczego? Dlatego, że Kościół ma przypominać także o prawdach czy zachowaniach moralnych, które są z różnych powodów dla narodu, państwa czy władzy niewygodne, utylitarnie nieopłacalne, ale z innych powodów ważne. Tam, gdzie Kościół przestaje to robić, tam gdzie utożsamia się z państwem, tam zamiera. Nie oznacza to przy tym, warto przypomnieć, że my, chrześcijanie, wyznajemy zasadę dwóch mieczy, iż władza powinna lub musi wszystkie owe polecenia czy nauki ślepo realizować. Nic bardziej błędnego, bowiem warto przypomnieć, że odpowiedzialność za państwo spoczywa nie na biskupach czy kapłanach, ale na rządzących. I to oni będą odpowiadali za to, co zrobili i czego nie zrobili także.